Biegiem przez Budapeszt.

8
91

(aktualizacja, na końcu dodałem “koszta” takiego wypadu)

Historia, którą chcę Wam opowiedzieć jest niesamowicie prosta i zwięzła, ale niesie ze sobą jeszcze bardziej niesamowity bagaż emocji i zaskoczeń. Otóż jak się okazuje, nie ma nic skomplikowanego w tym, by wybrać się za granice… pobiegać.

A było tak. Pewnego pięknego dnia, zobaczyłem na facebooku wpis sugerujący, że Monika Coś (Nike Running Polska) wybiera się na 27. Nike Budapest Felmaraton. Niby nic szczególnego, w końcu co chwilę ktoś coś gdzieś wybywa. Ale jakoś tak los chciał, że niesiony emocjami po biegu w “Praskiej Dyszce”, w ramach której miałem możliwość biegać w nowych testowych butach, postanowiłem spytać “co to za impreza?”. No i się dowiedziałem, że jest półmaraton w Budapeszcie, za dwa tygodnie. A podobno…

Więc…Półmaraton w Budapeszcie za dwa tygodnie? Hm… No tam mnie jeszcze nie było. Że o bieganiu za granicą to nawet nie wspomnę.. No więc zagadałem do Darka…

Jak się okazało chwilę potem, Darkowi takie zagramaniczne bieganie marzyło się od dawna. W sumie mu się nie dziwie, sam fakt nielecenia samolotem w tym wieku na jego miejscu pchałby mnie w byle celu do innego kraju ale co tam. Niewiele czasu upłynęło od pierwszej wiadomości nim Darek zakręcił się do tego stopnia, że zaczęły się pogróżki…

No to nie bardzo miałem wybór. Trzeba lecieć 🙂 Plus z tego jego nakręcenia był taki, że się spinał z organizacją lotów i hoteli. Ostatecznie wyszło nam to super na plus bo dorwaliśmy bilety w dwie strony w miarę rozsądnej cenie a na koniec jak już miał mnie dość – a raczej miał dość dobijania się do mnie o hotel – udało MI się zlokalizować hotel 4 gwiazdkowy, który akurat dawał 50% zniżki na ten termin 🙂

Wszystko to oczywiście nie miało by sensu gdyby nie pomoc Moniki, która to zorganizowała dla nas 2 pakiety w wersji NIKE VIP. Z całej tej podróży, poważnie mówię, do końca życia zapamiętam jak moim oczom ukazał się mail zawierający słowa “Dear Mr Juneja, Since you are a Nike VIP (….)“…

NIKE VIP, czujesz?! Nie ważny Budapeszt, nie ważny bieg, nie ważne że zapowiadają pogodę, która podnosi ryzyko zawału na trasie… NIKE VIP. JA. Czułem się doceniony w sferze życia, w której nigdy nie spodziewałem się rewelacji a w której naprawdę staram się coś zrobić dla siebie i dla innych.. i to jeszcze przez Nike… sick.

No ale do rzeczy 🙂

Wylot.

Wybieramy się na lotnisko. Jako, że późno dnia poprzedniego wróciłem do domu nie specjalnie miałem możliwość pójścia spać (dużo pracy, pakowanie, suszenie ciuchów etc.) także spać nie poszedłem. Ok 3-4 wyjechałem z domu po Darka, a że mieliśmy dosyć spory zapas to uznałem, że nie zostawiamy nigdzie auta tylko pojedziemy na lotnisko w Modlinie i poszukamy czegoś w okolicy. W okolicy jak się okazało nie było nic, dosłownie (ale to tak dosłownie dosłownie..) za to był wielki parking lotniska, który oferował 3 dni postoju w cenie 80 złotych. Szybka kalkulacja – opłaca się. Zostawiamy. Poczekaliśmy na samolot i voila, Budapest here we go!

Piątek-Sobota.

Na miejscu odebrał nas kolega Darka, Zoltan. Zoltan pracuje z Darkiem w jednej firmie tylko, że stacjonuje na miejscu na Węgrzech. Był tak miły, że zawiózł nas do restauracji w której zostaliśmy ugoszczeni i nakarmieni. Także picuś glancuś, najedzeni, szczęśliwi z lekkim poczuciem, że wykorzystujemy nadmiernie czyjąś życzliwość udaliśmy się do hotelu. Po drodze zostawiliśmy Monikę i Kasię w ich hotelu.

Na miejscu zastało nas to czego można się spodziewać po 4 gwiazdkach. Spokój, czystość, internet wifi, telewizja satelitarna, fajna łazienka.

Chwilę odpoczęliśmy (ja popracowałem) a potem poszliśmy na spacer na miasto. W sumie przespacerowaliśmy 14km przechodząc z Budy na Peszt. Swoje w życiu już widziałem stąd nie do końca “jarałem się” widokami. Zdecydowanie towarzyszyło mi to samo odczucie, które od lat towarzyszy mi zawsze przy zwiedzaniu innego kraju… uczucie o nazwie “Polska to jednak piękny kraj“.

Tak czy inaczej, połaziliśmy, wróciliśmy do hotelu, obejrzeliśmy kilka odcinków Two and a half men i poszliśmy spać.

Na drugi dzień ja oczywiście półżywy. Nie wiem czy wiecie, ale po 48 niespania możecie być pewni, że pierwszy sen jaki przyjdzie Wam “spędzić” będzie snem długim i mało regenerującym… no ale przyzwyczaiłem się, dlatego nie specjalnie się spinałem z rana na to, żeby wyrywać się na poranne bieganie. Po dłuższym jednak marudzeniu ze strony towarzysza postanowiłem podnieść swoje 4 litery i udaliśmy się do Parku, w którym można było odebrać pakiety startowe.

Na miejscu był spokój. Niektóre stoiska dopiero powstawały. Jedyny gotowy i w pełni funkcjonalny namiot – poza tym z pakietami – to był namiot Nike, w którym można było sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie, obejrzeć najnowsze artykuły z serii Nike Running i nabyć energetyczne pożywienie (picie, żele, batony) i artykuły zdrowotne (żele do smarowania, spraye przeciwsłoneczne itd). Myślę, że warto w tym miejscu wspomnieć, że towarzyszyła nam atmosfera “środka lata” czyli jakieś 28 stopni… a wieść niosła, ze w dzień startu pogoda jeszcze wzrośnie.W takiej też atmosferze i temperaturze zwiedzaliśmy Budapeszt (dziewczyny dorwały rowery i ruszyły na shopping).

Wieczorem Darek wybrał się na koncert (dziwak) a ja poszedłem porobić zdjęcia na mieście. Miałem problem, bo od temperatury popękały mi usta a nigdzie nie można było dostać pomadki… pora więc na wstydliwe wyzwania… znalazłem jedną, na sam koniec dnia, full gloss… Panie wiedzą o co chodzi.. moje usta wyglądały jak amelinum.. tyle, że, uwaga uwaga, pomalowane. W drodze powrotnej porobiłem zdjęcia jeszcze i tyle. Zmęczenie i temperatura zaowocowały odciskiem/pęcherzem. NA szczęście miałem plaster na tę sposobność i w półmaratonie wystartowałem z dwoma okleinami na prawej stopie..

Dzień startu

Pobudka 7-8 rano. Nie spakowaliśmy się bo przecież po biegu wrócimy. Ogarnęliśmy ciuszki na start. Ja zjadłem mleko w tubce, ze dwa czy trzy wafle ryżowe i w sumie tyle. Jedliśmy tragicznie w trakcie tej podróży… no ale teraz już za późno na próby napraw. Spędziliśmy chwilę motywując się wzajemnie do czynności, które lepiej zrobić w hotelu niż na trasie. I dawaj, lecimy.

Wsiadamy do tramwaju. Darek ma bilet, ja nie. No ale to dwa czy pięć przystanków, co się może stać. Do tego Darek nie mógł skasować swojego więc obaj jechaliśmy na jednym wózku. Deal był taki, że w razie czego uciekać.

Wchodzi kanar. Do naszego mamy jeszcze 3 przystanki. A przynajmniej tak nam się wydawało. Powoli odsuwamy się ku drzwiom. Na nasze częście stróż prawa złapał kogoś już na wejściu więc zaczął go spisywać. Zbliżamy się do przystanku. Zaraz wyskoczymy. Nope. Nie zbliżamy się jeszcze, dopiero tam, o tam. Zaraz wyskoczymy. Idzie. Cholera. Zatrzymujemy się, drzwi się otwierają i długa. Wyskoczyliśmy jak z procy. Fart chciał, że wysiedliśmy tylko jeden przystanek wcześniej. Pobiegliśmy więc szybko na start.

Znaleźliśmy namiot dla VIPów, zdązyliśmy do niego wejść, dowiedzieć się, że są specjalne toytoye tylko dla vipów i w ogóle gdy zorientowaliśmy się, że bieg rozpocznie się za 10 minut. Długa na start. Odnaleźliśmy swoją “strefę” (czas 5:30/6:00 na km).

Darek sugerowal, że pobiegnie ze mną i zrobimy 2h. Wiedziałem, ze to się nie zdarzy więc zasugerowałem, żeby biegł sam. Uparciuch trzymał się w swoim “nie, pobiegniemy razem” jakieś 300 metrów po czym wypruł i tyle go widziałem.

Na trasie był istny hardcore. Ciała parowały, energia razem z nimi. Oblewałem się na każdym przystanku wodą. Przez chwilę biegłem nawet z pacerem na 2h jednak nie dawałem rady. Za gorąco było. Czułem, że mogę przycisnąć ale wiedziałem, byłem świadom, że nie będzie to “za darmo” i odpłacę w jakiś słaby niekoniecznie pożądany sposób .. a przecież za chwilę Maraton Warszawski.

Bieg był ciężki, starałem się jednak utrzymywać jakieś tempo bo ostatecznie nie przyjechałem tam chodzić, nachodziłem się “wczoraj i przedwczoraj” (niepotrzebnie :P). Ostatecznie utrzymałem średnią 6:30+vat a czas oficjalny to 2h22m22s. Rozwaliło mnie to bo numer dostałem 3333 … aż chce się zagrać w lotka 🙂 Darek uzyskał czas 1h50m51s .

Zupełnie szczerze to były momenty, w których chciałem sobie odpuścić. Wtedy z pomocą przyszliście Wy i Wasze cholerne peeptalki 😀 Pisze cholerne bo naprawdę byłem gotów wrzucić na luz ale jak wrzucić na luz jak ktoś na przedostatnich km wrzuca Wam tekst “I’m proud of you”? No nydyrydy więc dawaj go i na ostatnich km wyciągnąłem max jaki mogłem (średnia 5:30) i to pod górkę…

Jestem oczywiście za to wsparcie bardzo wdzięczny. Pokazało mi jak dużo siedzi w mojej głowie i na co mnie stać, kiedy dla odmiany posłucham innych…

I cóż mogę Wam więcej powiedzieć. Po biegu powędrowaliśmy do hotelu. Tam ku naszemu zdziwnieu nie mogliśmy wejść do pokoju. Jak się okazało, checkout był do godziny 11 .. na nasze szczęście po korytarzu kręciła się Pani Sprzątająca i poprosiliśmy ją o pomoc. Otworzyła nam pokój swoją kartą, spakowaliśmy manatki i do recepcji jak gdyby nigdy nic.

Zoltan zawiózł nas na lotnisko. Stamtąd samolotem do Warszawy. W Warszawie wsiedliśmy w auto i do domu… Z medalami na piersi.

Uff, się rozpisałem. Dzięki za wytrwałość. Poniżej galeria 85 zdjęć z całej wyprawy. Część mogliście już widzieć na Facebooku. Jeszcze raz dziękuję Monice, bez niej ta wyprawa by się nie zdarzyła.

Koszt (na osobę):

  • Hotel = 158 pln (pt, sob, nd)
  • Przelot w dwie strony Wizzair = 220 pln
  • Parking = 40 pln (3 doby)
  • Wpisowe = 40 euro (!!!! na szczęście to nas ominęło)
  • suma = 338 pln

I stało się… poleciałem do obcego kraju tylko po to by pobiegać. Zabawne jak to życie się toczy. Całe życie byłem zwolniony z wf’u z biegania ze względu na słabości mojego organizmu. Teraz jako Nike VIP odwiedzam inny kraj, w sierpniu zrobiłem ponad 200km biegu a każdego dnia, wciągam innych niewinnych do biegania…

aż się chce zaśpiewać..

Galeria z podróży:

[nggallery id=2]

8 KOMENTARZE

    • zupełnie szczrze, wstyd. Ale jechałem na gapę bo waluta vs bilety w tym kraju to ciężki hardcore. Jestem przekonany, że lokalsi mają specjalne słoiki gdzie trzymają monety na bilety 🙂

    • No jak to, Biegnij Warszawo! 🙂 A poza biegowo więcej treningu siłowego i brzucha. Najważniejsze to nie zmniejszać tendencji spadkowej wagi.

      Dodatkowo bardzo bym chciał zacząć serię “Jak stać na rękach” w której nauczę WAS WSZYSTKICH jak stać na rekach 🙂

Dodaj komentarz