Dieta, Sport….. czy jednak zdrowie?

7
85

Będę hipokrytą jeśli powiem, że sam w przeszłości nie popełniłem błędów w rozumieniu tego co jest czym. Na szczęście uczę się na własnych błędach i kiedy mogę to dzielę się swoimi przemyśleniami. Niektóre są “nietypowe” a niektóre “wszystkim znane”. Wszystkie jednak mam nadzieję – przydatne. Dzisiaj chciałbym rozwinąć pewną kwestię, która wydaje mi się wprowadza wiele zamieszania i często gęsto doprowadza do zniszczenia motywacji, bcidebrania radości z życia a czasem po prostu do zmęczenia i totalnego zniechęcenia wszystkim co wymaga aktywności fizycznej. Chciałbym dziś wyprostować kilka pojęć w kwestii zdrowego trybu życia. Nie tworzę definicji, przedstawiam swoje ich rozumienie. Jeśli macie jakieś sugestie albo chcecie się podzielic swoją wizją tematu to bardzo proszę – zróbcie to! 🙂

Uprzedzam – wpis mocno “dramatyzuje” i stawia dosyć “ostre” tezy przez co może być skrajnie odebrany. Pamiętajcie, że moje intencje w nim są dobre i zanim po mnie pojedziecie uśmiechnijcie się, policzcie do 10 i dopiero ziejcie ogniem. O ile poczujecie taką potrzebę.

Dieta to nie zdrowie

Zacznijmy od stwierdzenia faktu. Dieta to nie jest ZDROWIE. Dieta jest sposobem na zdrowie ale sama w sobie zdrowiem nie jest. Jeśli ktoś jest na diecie to nie, nie prowadzi zdrowego trybu życia. Prowadzi tryb życia, który do zdrowia go prowadzi.

Musisz zrozumieć, czym w ogóle jest dieta. Dieta jest przygotowanym w konkretnym celu sposobem żywienia. Celem tym może być np zrzucenie wagi, nabranie masy, przygotowanie wagi startowej czy też regulacja i oczyszczenie organizmu. Co to oznacza? Oznacza to, że jest to taki sposób żywienia, który nastawiony na jakiś konkretny cel odbiega w pewnych kwestiach od tak zwanych zdrowych norm żywieniowych.

Dla przykładu :

– jeśli ktoś się odchudza to przeważnie ma “deficyt kaloryczny”. Co to znaczy deficyt chyba każdy wie . Załóżmy, że potrzebujesz wg norm jakieś 2000-2200 kalorii dziennie. Dieta redukcyjna da Ci ich z 1800 a bardziej hardcore’owe nawet 1500. Oczywiście temat jest znacznie szerszy niż liczenie kalorii niemniej cel w postaci “Zgubienie tkanki tłuszczowej” wymaga od żywienia dawania organizmowi “mniej niż potrzebuje”. 

– jeśli ktoś chce przybrać masy – ładuje jak głupi. Potrzebuje wg norm 2200 to wrzuca 3500. Znów – upraszczam ale tak to mniej więcej wygląda. Powtórzę dal zabezpieczenia, że “oczywiscie nie o same kalorie chodzi” (makrosy np) – ale myślę, że cel jest jasny i sposób jego osiągnięcia też – dajesz organizmowi więcej niż potrzebuje. 

– a jak ktoś mówi o wadze startowej… tu jest mniej więcej jak z odchudzaniem… tyle, że odchudzający się już jest chudy. Po prostu chce być chudszy… nie będę tego komentował szerzej bo mnie zjedzą. Zostawiam to Wam 🙂 Ale do tego jeszcze wrócimy. Sport wyczynowo tak właśnie działa na ludzi.

Są jeszcze diety specjalistyczne dla osób chorych.

Jak widzisz jednak wszystkie DIETY są odstępstwami od norm, które następują w jakimś celu. Co więcej – cel ten ma być osiągnięty w konkretnym czasie. No i tak to działa. Zdrowy tryb życia pozwala w żywieniu tak naprawdę na bardzo dużo. Alkohol? Jasne. Czemu nie? Raz na jakiś czas. Fastfood? Jak ktoś lubi to znów – czemu nie? To nie jest tak, że od jednego burgera czy piwka nagle przestaniesz być zdrowym człowiekiem. Nie od jednego i nie od “Raz na jakiś czas”. Jeśli na co dzień masz odpowiednio zbilansowany jadłospis to takie odstępstwa Ci nie zaszkodzą. Byle z umiarem. 

W sporcie? Alkohol? NIE. Fastfood? NIE. Jeśli Ci zależy na wynikach to zapomnij. “A on pije piwo regularnie i szybko biega” good for him. Są wyjątki wszędzie. Niektórzy mają dobrą genetykę, inni mają po prostu już takie warunki, że są wieki przed Tobą i mogą sobie pozwolić.. z drugiej strony gdyby sobie nie pozwalali mogliby pewnie więcej. A skoro chodzi głównie o wynik to gdzie tu logika? W wyczynówce na poziomie “chcę być najlepszy” nie ma miejsca na umiar, tu są skrajności. Jeśli ktoś raz Ci mówi, że się spina niesamowicie żeby osiągnąć jakis tam wynik a potem zaprasza Cię na piwo to jego podejście nie jest poważne. Albo po prostu wcale nie zależy mu tak bardzo, jak “mówi/pokazuje”. Jak coś robić to dobrze. Od A do Z. Everyday is training day jak to mówią. Skoro masz już rezygnować z przyjemności dla efektu to bądź konsekwentny.

——–

Jeśli ktoś prowadzi zdrowy tryb życia, to je “odpowiednio” do wymagań organizmu. Jak ktoś prowadzi sportowy… wróć, co to jest zdrowy a co sportowy tryb życia?

Sport to zdrowie?

Rekreacyjnie – sport to zdrowie. Wyczynowo – nie. To jest tak proste. Sport wyczynowy wymaga naginania norm (przekraczanie norm), doprowadzanie organizmu do skrajności i często gęsto skutkuje to kontuzjami, “zniszczeniami” i ogólnym zmęczeniem materiału. Sport wyczynowy jest na tyle obciążający, że sportowcy potrzebują często miesięcy a nawet lat na regenerację po dobrym sezonie.

Kontuzje? Ludzie patrzą często na biegaczy, którzy narzekają na kolana itd. i z krzywym uśmiechem śmieją się, że “sport to zdrowie”. Wyjaśnijmy sobie jedno

W rekreacji kontuzje mogą się zdarzać. ale są w większości wypadków winą braku wiedzy, przygotowania i generalnie podstawowych błędów typu brak rozgrzewki, rozciągania, doboru odpowiedniego ubioru (butów np.)

W sporcie wyczynowym kontuzje są normą. Przeciążając organizm trzeba być idiotą by zakładać, że “nam nic nie grozi”. Kontuzje są wpisane w sport wyczynowy gdzie często kończy się trasę z łzami w oczach czy też od połowy jedzie na przepuklinie albo chcąc urwać dodatkowe punkty dokręcając nigdy dotąd nie zrobionego spinu na halfpipie.

To po co?

No właśnie. Po co to piszę w ogóle i co z tego ma wynikać? Ano ma z tego wynikać to, żebyś na swoich początkach zadał sobie pytanie – po co zaczynasz to co chcesz zacząć – bieganie, pływanie, rowerek, trening fitness itd. Po co. Czy chcesz mieć osiągi, czasy, porównania z innymi, jakieś podium Ci się marzy albo inne wyróżnienia? Czy może chcesz po prostu być zdrowym człowiekiem. Zauważ, że nie napisałem “szczęśliwym” w żadnym z tych obu przypadków. Szczęście to kwestia indywidualnego podejścia. Ja uważam, że jeśli ktoś nie mierzy sił na zamiary może wybrać drogę wyczynowca i potem całe życie czuć niespełnienie bo po prostu cele, które sobie postawi są albo nie osiągalne…albo niosą za sobą zbyt duże obciążenia, za które zapłaci później zdrowiem.

Ja wybieram zdrowie. Śmieję się czasem, że rekreacyjnie robię salta 😉

Pytanie “po co” jest strasznie ważne. Tak jak wspomniałem wyżej, jeśli założymy, że chcemy jednak uprawiać sport wyczynowo to trzymajmy się tego od A do Z. Ktoś zapyta “no ale nie można pośrednio”? Można. Można. Ale kurcze, miej wtedy świadomość, że zawieszony między “Bardzo chcę” a “a może jednak nie” będziesz miał ZAWSZE cholerny problem z poczuciem szczęścia i spełnienia, bo będzie Cie ciągnęło w dwie różne strony i mówiąc prosto – raz na jakiś czas będziesz się czuł zagubiony. I znów – konsekwencja. Jeśli już na starcie wybierzesz “po co” to trzymaj się tego albo to porzuć całkiem. Nie traktuj tego “może trochę”. Jest taka fajna sentecja, brzmi lepiej po angielsku:

If you kinda sorta try, then you kinda sorta fail.

Jak już chcesz coś osiągnąć, co wymaga ciężkiej pracy – to pracuj ciężko. W przeciwnym wypadku będziesz ciągle niezadowolony i niezdecydowany – ciągnąć to czy odpuścić, walczyć do upadłego czy może tylko trochę… warto? czy może jednak nie? chcę? czy… Według mnie szczęście człowieka w dużej mierze opiera się na tym, że czuje się spokojny i rozumie “sens swojego życia”. Zawieszony między “celami’ może mieć z osiągnięciem owego szczęścia i spełnienia wielki problem

Egoizm

I teraz do może nieco nietypowej puenty. Ja zakładam, że w życiu najważniejsze jest dla mnie poczucie “bycia szczęśliwym”. Nie mógłbym być szczęsliwy wiedząc, że to co robię każdego dnia sprawia, że gdzieś w organizmie coś mi się niszczy, przemęcza i może nawet bezpowrotnie “ginie”. X lat temu pewnie bym się tym nie przejmował ale wtedy nie myślałem o czymś innym. Wtedy też myślałem o sobie jako “tylko” o sobie.

Jak wiele razy mówiłem żyje we mnie idea parkour, która mnie nauczyła tego, że wszystko co robię robię po to, żeby w razie potrzeby móc wykorzystać maksykmalny potencjał samego siebie. Po to ćwiczę, żeby w razie potrzeby swoją sprawnością móc pomóc sobie i innym. Po to pracuję nad sobą, żeby w razie potrzeby swoim doświadczeniem wiedzą i obyciem móc rozwiązać wiele problemów i pomóc osiągnąć sukces wszytkiemu, do czego się wezmę.

Po to robię to co robię – by być przydatniejszym człowiekiem. Bo to poczucie bycia przydatnym daje poczucie bycia spełnionym. A tę przydatność oddajemy innym. I teraz to do czego zmierzam. Chcę żyć ze świadomością, że w razie potrzeby mogę być pomocny ludziom, na których mi najbardziej zależy. 

Ja zupełnie rozumiem, że ktoś ma taką potrzebę w życiu, żeby osiągnąć jakiś wynik czasowy, jakieś trofeum czy tytuł. Nie widzę w tym nic złego – DLA TEJ OSOBY. Dla mnie byłoby to nie do przyjęcia bo wiem, że te cele mogą mieć konsekwencje w przyszłości ale i widzę po ludziach, jakie mają “już teraz”. Nie przyjdzie na spotkanie bo ma trening. Nie obejrzy z Tobą filmu – bo ma trening. Nie wpadnie do baru – bo ma trening. Nie zostanie dłużej – bo ma trening. Nastawiając się na wyniki jesteś zmuszony poświęcić pewną część życia, która dotąd była “wspólna”. Tzn dzieliłeś ją z innymi ludźmi. Np – jedzenie, godziny funkcjonowania, czas wolny. Trzeba mieć czas dla siebie i wg mnie nie ma w tym nic złego. W pewnym momencie może jednak się okazać, że masz czas tylko dla siebie i wtedy polecam zadać sobie pytanie – czy to jest warte poświęcenia czasu “dla innych”. 

Dla mnie straszną jest wizją to, że kiedyś przez moje dzisiejsze treningi ktoś będzie musiał się martwić i zajmować mną bo będę np mniej mobilny czy sprawny ogólnie i będę potrzebował pomocy przy poruszaniu się . Jeszcze straszniejszą wizją jest to, że nie będę mógł pomóc komuś mi najbliższemu bo właśnie nie będę wystarczająco sprawny. Bezsilność to coś, co czeka wszystkich, którzy dziś zapracują na utratę zdrowia “bo bardziej zależało im na wynikach”.

Wiadomo, starość rządzi się swoimi prawami. Nie wszyscy muszą się nią przejmować bo lepiej “dziś żyć pełnią życia”. No ja tak nie mam.

Moja wizja

I nie narzucam nikomu takiego sposobu patrzenia na życie. Mi zależy na “długim terminie”. Na tym by jak najdłużej cieszyć się tym co mam w życiu i nawet jeśli bez spektakularnych sukcesów na arenie sportowej, którą tak lubię obserwować… to przynajmniej z radością i pełnym komfortem mogąc ją obserwować jak najdłużej 🙂

Chciałbym też, żeby osoby, które chcą jednak podjąć tryb życia “wyczynowca” mieli świadomość, z czym to się wiąże. Wyczynowcy w większości są tego świadomi, obserwatorzy niekoniecznie. Ludziom się wydaje, że ten kolarz to całe życie na rowerze jeździ, je i śpi a potem zgarnia jakieś tam pieniądze i idzie na emeryturę w wieku 36 lat. Zupełnie nie myślą o tym, co poświęcił, ile go to kosztowało i jakie go teraz czeka życie. O tym, że każde jedne zawody to tak naprawdę nie pedałowanie tylko walka z bólem i masa innych złości, które wychodzą na podjazdach, przy palących udach… aż mnie zabolało od pisania…

Coś kosztem czegoś.

P.S. Fotka z jednego z zeszłorocznych porannych rowerków. Nie mogę się doczekać wiosny… 

7 KOMENTARZE

    • haha, mam taki plan na przyszłość 🙂 choć jakbym sam poświęcił jeszcze z godzinkę to pewnie bym poprawił wszystko. Problem w tym, że jak się sam za to zabieram to potem zmieniam treść i wpis nie zostaje opublikowany przez kolejne miesiące.

  1. Świetny wpis pokazujący obie strony “barykady”, jeśli mogę tak to nazwać. Jeśli ktoś ma ambicje złamać 3 godz. w maratonie, podnieść 100 kg na klatę czy osiągnąć jakikolwiek inny cel, który być może będzie nagrodzony jakimś medalem – proszę bardzo. Zawsze należy jednak wiedzieć, z czym się to wiąże i czy na pewno gra jest warta świeczki. Ci którzy trenują po to, aby po prostu miło spędzić czas z pewnością świetnie o tym wiedzą, natomiast młodzi gniewni którzy lubią porywać się z motyką na Słońce powinni ten wpis przeczytać 😉

Dodaj komentarz