Maraton – cała prawda

10
102

Długo myślałem, jak Wam opisać to co się działo. Czy zrobić relację jak z Budapesztu czy po prostu wrzucić zdjęcia, powiedzieć, że finisz na stadionie narodowym to przeżycie nie do opisania, to walka z łzami i wymuszony wielki uśmiech, który je blokował. Pomyślałem jednak, że opiszę to dwojako. Najpierw analogicznie/metaforycznie – co zaciekawi tych nie biegnących mam nadzieję – a potem już ze szczególikami (o sprzęcie od Centrum biegowego ERGO, jedzeniu itd.)

Zapraszam zatem w podróż na Maraton Warszawski 2012.

Cel: Piękny uśmiech

Wyobraź sobie, że marzysz o pięknym uśmiechu. Białe, błyszczące zęby, bez ubytków, nierówności, skrzywień czy czegokolwiek. To jest Twoje pragnienie, osiągnąć ten uśmiech, który zostanie dostrzeżony przez świat. Uśmiech, który będzie zmieniał każdy dzień na lepszy. Uśmiech, który sprawi, że będziesz się czuł lepiej ze sobą. Czujesz to?

To teraz wyobraź sobie, że zaczynasz szukać informacji jak go osiągnąć. Czytasz masę artykułów, oglądasz filmy na YouTube jak dbać o zęby, idziesz nawet do specjalisty, który rozpisuje Ci z czego musisz zrezygnować w diecie – np odstawić kawę, brzydkie cukry, które źle wpływają na szkliwo itd itd. Dostajesz masę instrukcji i zmian, które musisz wprowadzić do swojego życia a które doprowadzą Cię do finalnego etapu w formie zabiegu na fotelu dentystycznym.

I nadchodzi nowy dzień, dzień nowego startu, dzień od którego wszystko się zmieni. Wstajesz rano, robisz wszystko zgodnie z zasadami. Myjesz, płuczesz, szorujesz, płuczesz, dbasz o posiłki itd. Może nawet poszukasz jakiejś lepszej pasty czy wybielacza. Tak o, żeby szybciej zobaczyć – nawet jeśli na chwilę – to do czego zmierzasz. Ominąłeś jedno mycie? Nie szkodzi. Trzymaj się planu. Wypiłeś coca-colę? Nie dobrze, ale nie martw się, trzymaj się planu i będzie dobrze.. Zaczynasz widzieć efekty? Super! Chcesz przez to szorować zęby mocniej i szybciej, żeby szybciej zobaczyć efekt końcowy? Tylko nie przesadź. Łatwo dać się ponieść.

I tak mijają 2-3 miesiące – powiedzmy. I przychodzi dzień zabiegu. Siadasz na fotelu. Dostajesz znieczulenie i zaczyna się borowanie. Teraz w zależności od tego jak spędziłeś te 3 miesiące zabieg będzie miał taki lubi inny przebieg. W zależności od tego, czy nie przesadzałeś z szorowaniem, znieczulenie będzie trwało krócej lub dłużej. W zależności od tego, czy przygotowałeś się odpowiednio, znieczulenie będzie trzymało krócej lub dłużej…itd. itd. Jak będzie? zaraz się przekonasz.

W pewnym momencie znieczulenie przestanie działać. Jeśli byłeś dobrze przygotowany, nie przesadzałeś i trzymałeś się planu, do samego końca możesz być “na haju” i z radością już niedługo opuścić fotel. Jeśli jednak popełniłeś choć jeden błąd, to znieczulenie puści znacznie mocniej i od pewnego momentu zaczniesz czuć borowanie w okolicach nerwów na zębach… i od tego właśnie momentu pierwszego “czucia” będzie już tylko gorzej. Do samego końca. Wyobraź sobie, że leżysz na fotelu dentystycznym i po 2 godzinach znieczulenie przestaje działać. A czeka Cię jeszcze co najmniej 2 godziny z otwartą buzią…

Będą momenty, w których z bólu będziesz chciał buzię zamknąć.. ale to tylko pogorszy sytuację. Z zamkniętą buzią nie da się dokończyć zabiegu a to przecież ten zabieg dzieli Cię od wiecznego pięknego uśmiechu. Resztkami sił więc przez najbliższe 2 godziny będziesz starał się utrzymywać buzię otwartą. Będą momenty, w których dentystka najedzie na czułe miejsce i polecą Ci łzy. Ale to nie powód, by buzię zamykać. Pamiętaj, zamknięta buzia nic nie daje. Możesz ją lekko uchylić ale do samego końca, trzymaj otwartą.

Minęły już 4 godziny. Ty wciąż na fotelu. Nie masz już sił ani płakać, ani otwierać szerzej buzi. Powoli zaczynasz się zastanawiać, czy dasz radę, po co to wszystko. Próbujesz sobie pomagać rękami ale to tylko pogarsza sytuację. Jedyne co może Ci pomóc… to szerokie otworzenie buzi, takie najszersze jak potrafisz i modlenie się, by dentystka wykorzystała je jak najlepiej i skończyła Twoje męki…. zaciskasz pięści, przestajesz słyszeć cokolwiek poza coraz mocniej walącym sercem, otwierasz mocno usta, zamykasz oczy, marszczysz brwi i do przodu….po chwili delikatnie otwierasz oczy, słyszysz “już kończę, jeszcze chwilę wytrzymaj”, ostatkami sił otwierasz usta tak szeroko jak nigdy nie miałeś otwartych i nagle..

wszystko milknie…

nie słychać już borowania, serce jakby spowalnia, wszystko spowalnia. Otwierasz oczy, przed sobą masz lustro…a w nim..

uśmiech, Twój uśmiech.. ten, o którym marzyłeś.. udało się, to naprawdę już, po wszystkim, koniec bólu, możesz już rozluźnić dłonie i nie zaciskać pięści.. Twoja długa droga zakończyła się właśnie sukcesem. Dzięki Twojej wytrwałości, walce i wielkiemu sercu, udało Ci się… możesz już zejść z fotela i spokojnie, z uśmiechem na ustach, udać się do domu. Od tego dnia, od tej chwili, nikt i nic nie będzie mógł Ci odmówić, tego, Twojego, wywalczonego, uśmiechu.

Maraton to nie bieg.

Maraton to nie bieg, to nie impreza na 42km. Maraton to miesiące a dla niektórych lata przygotowań zwieńczone egzaminem. Maraton to faza przygotowań, która trwa bardzo długo i egzamin końcowy, który trwa tyle, na ile się przygotowałeś.

Jeśli w trakcie tej pierwszej fazy popełnisz jakieś błędy, dasz się ponieść fantazji, zabraknie Ci pokory czy weźmie Cię lenistwo. Maraton Ci tego nie wybaczy. Maraton nie wybacza. On sprawdza, testuje i wyciąga wobec Ciebie konsekwencje. Od razu. Nie jutro, nie pojutrze. Tylko od razu.

Jeśli nie będziesz jadł dobrze, nie naładujesz się energią to Ci jej zabraknie. Jeśli się przetrenujesz, będzie bolało. Jeśli się NIE dotrenujesz, będzie bolało.

Maraton to egzamin z życiowej konsekwencji. Te 42 kilometry to test, który sprawdza jak odrobiłeś pracę domową. To tak naprawdę formalność. Te 42km to jest NIC w kontekście tego, co musiałeś zrobić, by się do nich przygotować. Te 42km nie będą miały znaczenia, jeśli się dobrze nie przygotujesz. Te 42km też nie będą tym, co przeleci Ci przez oczy kiedy dobiegniesz do końca. Pojedyncze treningi, 30 minutowe wybieganie, czy długie niedzielne 30 kilometrowe biegi. To będziesz pamiętał. Z maratonu? Meta. To jest ważne. Meta. To wszystko co się dzieje w głowie, w sercu w środku Ciebie. Meta i nic więcej.

Zatem jeśli dopiero marzysz o Maratonie, dopiero zamierzasz się do niego przygotowywać to powiadam Ci. Rozkoszuj się. Rozkoszuj się każdym jednym treningiem. Myśl i przewiduj, bądź konsekwentny i spraw, by każdy trening miał znaczenie. Spraw, byś o każdym treningu mógł powiedzieć, że zrobiłeś go tak, że byłbym z Ciebie dumny, że Ty byłbyś z siebie dumny gdyby się okazało, że ktoś Cię nagrał i pokazał światu. Pilnuj tego, bo to jest to, co sprawi, że droga do mety będzie albo kilkugodzinną jazdą na endorfinach, albo walką z bólem. I miej pokorę. Wobec treningu. I szacunek, wobec ciała. Kalendarz jest wyznacznikiem tego, co masz w planach. Jednak to ciało jest Twoim przewodnikiem. To ono Ci powie, kiedy przesadzasz lub – jeśli masz pulsometr – kiedy dajesz z siebie mniej niż powinieneś. Rozróżniaj ból od lenistwa. Obserwuj się, obserwuj jak się zmieniasz, jak dostosowujesz. Uświadamiaj swoje otoczenie co się z Tobą dzieje by mogli Cię wspierać. I cały czas pamiętaj, po co to robisz. Mimo, że nie dostaniesz medalu, za żaden z pojedyńczych treningów, to właśnie one doprowadzą Cię do tego końcowego.

I biegnij, biegnij biegnij i jeszcze raz biegnij.

Szczegóły, szczególiki dla wtajemniczonych.

Przygotowanie. W moim przypadku przygotowanie do Maratonu wyglądało tak, że nabyłem pulsometr miCoach do iPhone’a. Wszedłem na stronę www.miCoach.com i dowiedziałem się, że jest tam generator programów treningowych w ramach, którego mogę dostać plan przygotowany specjalnie dla mnie pod konkretną imprezę. I wybrałem. 6 dni w tygodniu i planowany czas : 3:40.

Czas abstrakcyjny ale wierzę, że przygotował mnie na złamanie 4 godzin. Problem w tym, że był TAK skuteczny, że pod koniec przygotowań prawie każdy trening wyciągał ze mnie coraz większe prędkości i wytrzymałość co sprawiło… że mnie poniosło. Po prostu. Poczułem, że mogę szybciej i nie myśląc, że za tydzień impreza po prostu pobiegłem szybciej niż plan przewidywał, przeciążyłem się i tak dwa treningi pod rząd. Kolana już wtedy miały dość a jak wspominałem, Maraton nie wybacza i nie wybaczył. Od 23 kilometra kiedy to rawie zaliczyłem glebę mój maraton był walką z bólem. Na koniec i po fakcie nie miałem ani zakwasów, ani jednego skurczu. Nic. Byłem kondycyjnie i wydolnościowo i sprawnościowo przygotowany idealnie. 4 godziny były w zasięgu ale zgubiła mnie młodzieńcza pycha, brak pokory i no cóż, amatorszczyzna. Ale to dobrze. Dostałem lekcję, której nie da żaden trening.

W liczbach. W ramach przygotowań z miCoach:

  • Spędziłem na drodze PONAD 42 godziny. Niby nic a jednak tak wiele.
  • Spaliłem ponad 35 tysięcy kalorii.
  • Przebiegłem ponad 380 kilometrów (wg moich wyliczeń ponad 400, nie każdy trening zrobiłem z miCoachem).
  • Wagowo zzszedłem ponad 3kg w dół. Wizualnie z dwa razy tyle 😉

Sprzętowo. Długi okres czasu biegałem z miCoachem pod puls. W pewnym momencie – podczas Praskiej Dychy – zgubiłem jednak pasek HR i musiałem zacząć biegać pod prędkość i to było zbawienne albowiem źle pracowałem z pulsem i dopiero bieganie pod konkretną prędkość zaczęło mi dawać efekty. MIMO TO, gdy odzyskałem pasek zacząłem obserwować wykresy tętna i wyciągać wnioski. Zauważyłem, ze najlepsze biegi – jak moje ukochane 30km w 3 godziny – robiłem ze średnim tętnem 165 a maksymalne nie przekraczało 170-175. Wiedziałem już, że powyżej tego tętna przekraczam granicę, z której ciężko się zregenerować w ciągu kolejnych godzin biegu także bardzo pilnowałem, by tej granicy nie przekroczyć.

I teraz problem polegał na tym, że ciężko pilnować pulsu mając info w telefonie. W ogóle ciężko pilnować czegokolwiek, mając informację w telefonie. Fajnie jest jak wszystko mamy w jednym – puls + gps – potem możemy to zgrać na komputer i sobie popatrzeć na wykresy, ale w trakcie biegów długich istotne jest, żebyśmy mieli takie informacje pod ręką. I tu z pomocą przyszło Centrum Biegowe ERGO, które użyczyło mi na Maraton Warszawskie zegarek biegowy – a raczej kombajn sportowy – Garmin 910XT.

ERGO znałem już wcześniej bo byłem tam na “badaniach stopy” w ramach których, sprawdziłem się na specjalnej kamerze slowmotion i po godzinie różnych testów dobrali mi buty. Te same buty, którymi pokonałem Półmaraton Warszawski, Półmaraton w Budapeszcie i teraz Maraton Warszawski. Podobnie zachwycony z tego badania jest mój szwagier, którego na nie namówiłem a który też w tychże butach ukończył Maraton Warszawski 🙂 No ale wracając do Garmina. Możliwości tego cuda są nie do opisania w ramach wpisu. Zegarek ten przygotowałem w sposób następujący:

  • Ustawiłem Virtaul Pacera na tempo 5:50 min/km. W ten sposób przez cały bieg widziałem, o ile jestem do tyłu od czasu, który mi się marzy.
  • Ustawiłem ALERT tętna na 175. Jak tylko się do niego zbliżałem zegarek wibrował.

Zegarek sprawował się tak idealnie, że w trakcie biegu przez pierwsze 15km robiłem za pacemakera dla dwóch kolegów. Zaplanowałem 2-3 km rozgrzewki – wolniejszym tempem a potem 2-3h biegu jednym tempem 6min/km i przyspieszenie po 3h godzinach. Dzięki zegarkowi spoglądałem i pokazywałem chłopakom, czy przyspieszamy czy zwalniamy. Im to pasowało, bo nikomu nie chciało by się grzebać w trakcie biegu w nerce i wyciągać telefonu a warto pamiętać, że telefon daje info o tempie i ew pulsie CO określony interwał czasu lub dystansu (np 10 minut albo 1km) i dla pilnowania się w pierwszych 10-20km to zdecydowanie za rzadko.

Jako ciekawostkę powiem, że na ok 500-600m przed metą, zegarek wibrował cały czas…
Więcej o zegarku jeszcze przy okazji. Dzisiaj starczy. W tym miejscu chciałbym jeszcze raz podziękować Janowi Kasei i całej Ekipie ERGO za tę pomoc i porady, które mogliście obejrzeć w poprzednim wpisie o Maratonie. Warto też wspomnieć, że…

Paliwo. Dieta to był zawsze mój największy problem. Zbawienne się więc okazały słowa Jana z ERGO, który powiedział, że PASTA PARTY przed Maratonem ma być takie, żebym na drugi dzień czuł makaron w żyłach. Co było nieco ponad moje wyobrażenia pierwotne, że mam po prostu zjeść makaron i tyle. Tak więc zrobiliśmy grubą imprezę, makaronu było tyle, ze czułem go nie tylko w żyłach. Na drugi dzień rano mimo pełnego brzucha zjadłem to co zostało (ale już sam makaron, bez mięsa itd) i ze dwa wafle ryżowe zapite Poweradem i dawaj go. Paliwa było tyle, że nie musiałem nic pić przez pierwsze 13 km nawet. Z tego co wiem to Szwagier i Darek tak samo czuli się mega doładowani.

No i to chyba tyle… prawie 2000 słów a i tak czuję, że mało. Ale psychicznie mam dość tego tekstu bo ilekroć myślę o tej mecie tam wtedy… słowa tego nie oddadzą. ech…

10 KOMENTARZE

  1. Taki Gremlin to fajna sprawa, będziesz sobie kupował własnego? Aplikacje do biegania są fajne, ale zawodne, jak mi padl gps w lasku natolińskim, to nie wstał aż do Służewia. Przez to tempo wtedy całkowicie mi siadło, nie miałem żadnej motywacji żeby biec szybciej, bo nie miałem pojęcia ile już biegne dany km. Niby nic, ale miesiące przyzwyczajenia robią swoje, człowiek się czuł jak bez ręki.

    PS.Tak jakby co, to micoach daje już info o tempie co 250 metrów (ja biegam z ustawieniem co 0,5km).

    PS2 – Gratki again 🙂

    • dzięki 😉
      bardzo możliwe, tylko jeszcze nie wiem jakiego – czy tylko do biegania – 610 czy właśnie full opcję na IronMana czyli właśnie 910… póki co mam budżet mocno napięty więc obawiam się, że będę korzystał z tego co mi udostępni jakaś firma a jak nie, to zostaje iPhone 😉

  2. […] A więc przyszła pora bym podzielił się z Wami swoimi przemyśleniami na temat „technologii” (chyba za duże słowo) Adidasa o nazwie „miCoach”. W ramach poniższego testu dowiecie się co to jest miCoach, ile to kosztuje, jak to działa, na czym polegają strefy i czy plany treningowe Adidasa mają sens. A czemu miCoach? Bo wg moich wyliczeń i poszukiwań było to najtańsze rozwiązanie dodające funkcjonalność pulsu do aplikacji biegowych, dokładnie, za ok 250 złotych można już mieć cały komplet (aplikacja + adapter + gps + tętno z paska). Zaciekawieni? Zapraszam do czytania. Dodam jeszcze – zanim wciśniesz „czytaj dalej”, że to z programem Adidasa przygotowałem się do Maratonu Warszawskiego. […]

  3. […] Jeśli chcesz dodać jakąś aktywność fizyczną do swojej codzienności i chcesz mieć jakaś motywację – ustal sobie cel! Wybierz sobie jakiś bieg, jakieś zawody kolarskie, jakąś imprezę fitnessową czy coś jeszcze innego. Miej CEL, dla którego ustalisz sobie PLAN osiągnięcia tego celu i trenuj. W razie gdyby przyszła chwila zwątpienia czy coś będziesz miał/miala przed oczami cos więćej niz „a trudno, nie pobiegam”. Będziesz miał/miała przed sobą ewentualne konsekwencje Nie wiesz jakie? Przeczytaj t0 – kliknij tutaj. […]

Dodaj komentarz