Sto tysięcy dolarów

13
106

errare

Dziś będzie o tym, skąd się bierze sto tysięcy dolarów lub … upragnioną formę. O tym drugim powiem, na podstawie tego pierwszego bo jak ostatnio miałem przyjemność być świadkiem i się przekonać na własne oczy – to jedno i to samo.

Lat kilka temu dostałem propozycję pracy w firmie, która zajmuje się pokerem. Miałem tam być Senior Community Managerem dla Polskiej społeczności. Wszystko brzmiało fajnie poza jednym, generalnie moje pojęcie o tej grze było zerowe. Dosłownie. Wiedziałem na czym polega poker dobierany ale to tyle. Jako, że – jak już mieliście okazję się zorientować – jak w coś w chodzę to daję z siebie 150%, od oferty momentalnie wskoczyłem w sieć i zacząłem drążyć, czytać wchłaniać..a z biegiem czasu świat pokerowy wchłonął mnie. Mniej więcej w tym czasie, zaczął grę nasz bohater. Na potrzeby tego wpisu nazwijmy go Łysy (podobno niektórzy tak go nazywają). A więc Łysy zaczął grę, ja o jego istnieniu nie miałem pojęcia. Obaj poznawaliśmy ten świat tylko każdy od innej strony. Lat kilka później nadal się nie znaliśmy aż pojawił się na jednym z for przy których coś robiłem, później nawiązał się kontakt i tak od tamtego czasu się nie urwał.

Łysy w swojej pokerowej przygodzie obrał pewną ścieżkę. Dla tych co nie wiedzą, istnieje kilka “trybów gry” w pokerze.

  • Są duże turnieje MTT (wielostołowe) bez limitu graczy startujące o konkretnej porze
  • Są duże i małe turnieje SnG z limitem graczy, startujące gdy się “zapełnią”
  • I są gry stolikowe, takie gdzie siadasz z odpowiednią ilością gotówki i nią operujesz, grasz ile chcesz, kończysz kiedy chcesz itd

Nie będę wnikał w szczegóły, to nie jest wpis o pokerze. Zaufajcie mi, nie jest. Czytajcie do końca 😉

A więc Łysy uznał, że “czuje” dobrze gry SnG. Może ich grać dużo (bo te, które sobie upatrzył szybko się zapełniały) a więc da mu to konkretny wynik przy dużej próbie. I tak sobie grał, rozwijał się w nich a ja to obserwowałem. W grach SnG nie wygrywa się dużo. Dlatego też gra się ich bardzo dużo. Taka ich specyfika. No i Łysy je grał. Wyrobił się, udało mi się nawet namówić go na napisanie/nagranie kilku lekcji dla innych.

W świecie pokera jednak “sukces” osiąga się w turniejach MTT. Dużych turniejach MTT.. Takich co dużo kosztują i grają w nich naprawdę dobrzy gracze. Łysy więc od czasu do czasu z tego co zarobił na SnG część przeznaczał na grę w turniejach MTT. Niestety, szło mu to raczej kulawo. Przez rok czasu wykres pikował mocno w dół, ale to tak mocno mocno.

rokczasu

Jak widać, nie przesadziłem używając słowa kulawo. Co grał to przegrywał. Ponad 2,500 turniejów, a linia ciągle spada (na szczęście w SnG zupełnie na odwrót). No i przyszedł rok 2013, Łysy ciągle gra te MTT i co ważne, nie zmienia za bardzo swojej gry. Wg niego to po prostu kwestia statystyki, tak zwany słaby run. I że grając dalej konsekwentnie swoją grę to się w końcu musi odwrócić i statystyka będzie po jego stronie.

I przychodzi rok 2013, festiwal turniejów turbo – TCOOP – na PokerStars.com . Łysy rejestruje się do kilku turniejów i… w jednym z nich, dzieje się dokładnie to co zapowiedział. Jego gra, ta sama gra, która do tej pory nie przynosiła profitów, ta sama gra, która narysowała ten wykres wyżej.. jego gra, zapewniła mu wygraną w wysokości $111,128. Po 3 latach gry, ciężkiej pracy, mocnej pracy nad sobą i konsekwentnej walki, mimo ponad dwóch i pół tysiąca rozegranych turniejów BEZ SUKCESU… Łysy zagrał ten kolejny, dwa tysiące pięćset pierwszy (na oko) i udało się, wygrał ponad 100 tysięcy dolarów lub jak ktoś woli ponad 300 tysięcy złotych.

Miałem przyjemność rozmawiać z nim w trakcie gry. W jego głosie nie było słychać stresu, wątpliwości czy zdenerwowania. To było niesamowite przeżycie. Po prostu “robił swoje”. Wiedział, że ten dzień musiał nadejść, był na niego gotowy i gdy przyszedł, po prostu stawił mu czoła tak jak to robił we wszystkich poprzednich. Trzymał się swoich założeń i konsekwencją osiągnął swój cel.

Zrobił coś, co oddziela mistrzów od przegranych. Wytrwał ciężkie chwile, chwile słabości, zwątpienia. Wytrwał w tym wszystkim trzymając się tego w co wierzył, na co pracował.

W Polsce mamy deficyt sportowców z prawdziwego zdarzenia. Większość z nich ma problem z presją przy dużych – i ważnych imprezach. Mieliśmy Małysza, który miał wiarę i to pozwalało mu walczyć o mistrzostwo.  Jednak w dużym obrazku, leżymy na całej linii w kwestii silnej wiary w zwycięstwo i umiejętność radzenia sobie z porażkami – nasza tenisistka…. Ale to są sportowcy, oni mają ogromną presję otoczenia, społeczeństwa i pieniądza. Do tego pewnie dochodzi cała masa prywatnych tematów.

My, zwykli ludzie, też jednak walczymy i to każdego dnia. O dobre wyniki w pracy, o dobre relacje, o lepszą formę, dobry wygląd, zdrowsze życie. Wszystko to wymaga od nas bardzo wiele siły, energii i chęci. Sukcesy smakują dobrze bo istnieje coś takiego jak porażka. Problem w tym, że zbyt często pozwalamy, by to właśnie porażki kierowały naszym zachowaniem, decyzjami i planami na przyszłość. Ilu z Was robiło kiedyś jakiś trening, nie mogło zrobić jednego czy dwóch dni w trakcie i zrezygnowało całkiem?

Pytacie mnie, co zrobić jak ktoś nie zrobił dzisiaj treningu Insanity, czy nadrabiać czy iść dalej a może nie ma sensu dalej bo już przepadło? Moja odpowiedź brzmi : nie nadrabiaj, rób dalej jak gdyby nigdy nic. Nie nadrabiaj bo nadrobić czasu się nie da. Jeśli dziś zrobisz dwa zamiast jednego bo wczoraj nie zrobiłeś, to jutro nie będziesz miał siły i znów będzie kolejny w plecy i takie o błędne koło wynikające z tego, że kontrolę przejmuje porażka.

Daj sobie szansę na to, by porażka Cię nie ruszała. Nie zrobiłeś treningu? Trudno, zdarza się. Nie zrobiłeś dwóch? Też nic, przecież czeka Cię jeszcze kilkadziesiąt. Po prostu rób to co TERAZ jest dla Ciebie ważne a przez co nie masz czasu na trening – np praca – a jak już się z tym ogarniesz, wracaj do treningu. W pokerze poza nauką matematyki dużo uwagi poświęca się tak zwanemu “mindsetowi” czyli temu, jak reagujemy na różne sytuacje, np takie gdzie przegrywamy kiedy powinniśmy wygrywać. Zawodowy pokerzysta NIE zwraca uwagi na przegrane, wie, że gra dobrze i MUSI się tego trzymać. W momencie gdy pozwoli by porażki wpłynęły na to JAK gra, czyli da im nad sobą kontrolę…przegra ostatecznie.

Problemy i problemiki są wpisane w naszą codzienność. Są NORMALNE. Problem NIE JEST końcem czegoś. Pojawienie się porażki na drodze nie jest też wyznacznikiem tego, czy idzie Wam dobrze. Jest to po prostu przypominajka, że w życiu sprawdza się tylko jedno… ciężka praca, konsekwencja, wytrwałość i wiara w to co się robi.

W naszym społeczeństwie zbyt duże znaczenie przypisuje się “porażkom” przez co wielu z nas się ich boi… a tu się nie ma czego bać. Kiedyś jak byłem młodszy i opowiadałem o jakichś marzeniach i obawach dostawałem w odpowiedzi pytanie “czemu nie, nie umrzesz od tego nie?” i tak mi zostało do dzisiejszego dnia. Ilekroć staje przede mną jakieś wyzwanie, dzieje się coś nie po myśli czy ma miejsce sytuacja, która jest strasznie stresogenna zadaję sobie pytanie “jak się nie uda to co, umrzesz? jak nie, to nie mazgaj tylko daj z siebie wszystko, to najważniejsze“.

I daję. A Ty?

P.S. Jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś/zrobiłeś – przeczytaj to.

13 KOMENTARZE

  1. Ten wpis zrobił mi dzień 🙂 Różne choróbska intensywnie chciały mi popsuć prace z insanity, zaczęłam tydzień po “zbiorowym szaleństwie” bo antybiotyk, a w weekend trafiła mi się kolejna bolesna przygoda przez którą jeden trening przepadł, ale walczę dalej i widzę jakiego to daje powera na inne życiowe walki ;D

Dodaj komentarz