Sześciopak już za rogiem – 3 zasady

0
176

Jeszcze nigdy tak jak dziś nie byłem bliski sześciopaka i dziś Wam opowiem jak to się stało. W zasadzie jeśli uważnie śledzicie Fitback, to mieliście okazję zapoznać się z kilkoma bardzo ważnymi tekstami (np. tym i tym), które doprowadziły mnie do miejsca, w którym się dziś znajduję. Jednak po kolejnym roku starań walki o „lepsze ja” (bo warto!) mogę to wszystko opisać znacznie zwięźlej i myślę – użyteczniej dla Was. Zanim jednak przejdę do konkretów bardzo ważna rzecz.

„Ty, o fitnessie bloga prowadzisz, a jeszcze nie masz sześciopaka…i jeszcze się chwalisz?”

No tak, dla tych, którzy są tu nowi. Kocham ruch. Uwielbiam to. To jest część mnie. Rozwijam się w tym, robię dużo rzeczy, które dla wielu mogą wydawać się dostępne tylko dla wyczynowców czy osób, które mają wyższy stopień wtajemniczenia. A ja po prostu je robię. Po swojemu. Nie zmienia to jednak faktu, że ja spędzam przy komputerze spokojnie ponad 100 godzin TYGODNIOWO.

To właśnie dlatego powstał Fitback, żebym mógł wykorzystać swoją pasję do ruchu i lepiej zadbać o swoje zdrowie, a nie po to, żebym był lepszym sportowcem i robił jeszcze bardziej wypasione rzeczy 🙂

Wierzę też, że większość z Was traktuje Fitback jako sposób na dłuższe zdrowsze życie w sprawności ciała i umysłu. Także normą jest, że nasze cele są inne niż „sześciopak” czy „100ka na klatę”.  To zakładałem, ze zostawiam „innym”. Ja chcę dzięki sportowi żyć lepiej, a te wcześniejsze cele zostawiam tym, którzy chcą sportem żyć.

No ok, ale to w takim razie o co chodzi, że jednak sześciopak?

Ano właśnie o to, że dzięki pracy nad sobą, walce o formę i pracę nad blogiem przez ostatnie lata wchłonąłem mnóstwo wiedzy i sprawdziłem na sobie chyba wszystko co możliwe. Udało mi się doprowadzić do sytuacji, w której „wygląd” poprawił się prawie samoistnie… A w zasadzie dzięki kilku zasadom, które wprowadziłem do swojej codzienności. I to właśnie o nich chciałbym Wam napisać w tym artykule.

Zasada 1 – cheat meal nie istnieje.

Człowiek dorosły „w głębi duszy” wie, co jest zdrowe a co nie. Serio. Udajemy, że nie wiemy, tłumaczymy się marketingowymi chwytami, zwalamy winę na niewiedzę czy brak pomysłu na dietę. Każdy jednak wie, że jak pochłonie paczkę chipsów i zapije 0,5 litrowym słodkim gazowanym napojem to raczej nie zrobi sobie dobrze.

Z jakiegoś powodu jednak sięgamy po te rzeczy. Nie chcę nikogo oceniać więc tylko powiem – to nic. Sięgajcie sobie. JA TEŻ __CZASEM__ SIĘGAM. Słowo klucz – czasem. Nie żryj (dosłownie) wielkiej paki chipsów od każdego odcinka swojego ulubionego serialu, a ziemia będzie Ci lżejszą. A jak już się skusisz itd to następne dania jedz jak gdyby nigdy nic. Udawaj, że to sie nie stało. Nie rozpaczaj, nie rozmyślaj, nie smuć się i nie obwiniaj. Miałeś prawo. Cholera. Masz prawo cały czas jeść dokładnie to co chcesz. Co nie znaczy, że powinieneś 😛 Ale jesteś już dużym człowiekiem więc wiesz o co chodzi. Ważne jednak by „iść dalej” zgodnie z tym czego się nauczyłeś, zgodnie z tym co zdrowe, rozsądne i przede wszystkim DOBRE dla Ciebie. Jedną z GŁÓWNYCH PRZYCZYN TYCIA jest … żal. Nie żałuj. Ale …

Zasada 2 – szalej z głową – DAWKUJ PRZYJEMNOŚĆ (szczególnie tą „złą” :P)

To w zasadzie klucz do wszystkiego. Temat insuliny i tego jak ją atakujemy wypijając naraz „pół litra cukru” i jak to się potem przekłada na ‘mimowolne tycie’ już poruszałem więc dziś żeby nie mieszać powiem tylko – wszystko można, ale z umiarem. Nie jedz paczki chipsów, zjedz 5 chipsów, zamknij pakę, ciesz się jutro, że masz jeszcze kilka chipsów. Nie kupuj 2l litrów napoju, kup 0,5 i pij nie duszkiem a przez cały dzień w odstępach.

Nie atakuj organizmu nagłymi przypływami dużej ilości cukru.

Zasada 3 – unikaj wszystkiego co jest w swojej „piątej formie”.

Nie mówię, że masz od razu brać się za dietę raw czy paleo. Sugeruję jednak, żebyś zamiast kupowania koncentratu z pomidorami niewiadomego pochodzenia kupił sobie kilogram pomidorów i zmielił je sam. Żebyś był w stanie realizować zasadę numer dwa musisz rozumieć, że pilnowanie ilości cukru w diecie to nie tylko unikanie słodkości czy ich „dawkowanie”, ale i świadomośc tego, że dziś producenci dokładają cukier WSZĘDZIE. A taki ketchup to jest po prostu perełka. To niesamowite ilu ludzi żyje w przekonaniu, że cukier to tylko słodycze a już owoce to przecież nie, sosy to też nie bo to z warzyw przecież…

<

Wiem co jem! Wpis prawie gotowy:)

Post udostępniony przez Arvind Juneja (@ajuneja)

A wystarczyło przeczytać etykietę. I to jest chyba „dodatek A” do zasady trzeciej.

Mam dla Ciebie takie wyzwanie – poświeć najbliższe 3 tygodnie, 21 dni na to, żeby w trakcie KAŻDYCH zakupów, które zrobisz czytać dokładnie etykietę produktów, które kupujesz.

Zaufaj mi, po tygodniu zrozumiesz czemu. Tak jak mówiłem, dorośli ludzie dokładnie wiedzą co jest niedobre tylko czasem muszą dostać tym w twarz by to przed sobą przyznać. Czytanie etykiet momentami może być „strzałem z liścia”, którego właśnie potrzebujesz.

I potem nagle zaczynasz wybierać dobre polskie pomidory zamiast koncentratu. Nagle zaczynasz zwracać uwagę, ze ten miód co to go kupujesz to jest jakiś składak, a nie produkt od pszczelarza z Twojej gminy.  I to ostatnie to mnie szczególnie zaintrygowało, bo mieszkam w małej rolniczej gminie – Sobienie Jeziory. Większość ludzi, których znam, którzy tu pracują – pracuje w tej czy innej formie na roli. Owoce, warzywa, to wszystko jest tu na miejscu. Do tych rozmyślań zaproszono mnie przy okazji akcji Polska Smakuje Każdego Dnia.

„Polska smakuje” to kampania, która zwraca uwagę Polaków na wysokiej jakości polskie produkty rolno-spożywcze i zachęca do ich poszukiwania. Projekt jest odpowiedzią na potrzebę polskich konsumentów, którzy kupują coraz bardziej świadomie, zwracając uwagę na jakość, walory smakowe czy tradycję wytwarzania produktów spożywczych. Doskonałej jakości mięso, drób, ryby, bogactwo przetworów mlecznych, zbożowych, owoce i warzywa pochodzące od polskich producentów, to podstawa dobrej polskiej kuchni.

Bardzo mnie ta akcja zaciekawiła i podjąłem wyzwanie… i bam, shots fired.

Idę do sklepu i co? I mam pomidor z Włoch. I mam ziemniak z Czech. Wiem, że mam wśród swoich czytelników ludzi, którzy pracują przy żywności i niejedno widzieli. Mnie to jednak naprawdę uderzyło, że nawet w takiej małej miejscowości jak moja, która utrzymuje się z roli .. wszystko mam z importu! I powiem Wam, wkurzyłem się mocno. Raz – na siebie, bo totalnie nie byłem tego świadom, czytałem skład ale nie patrzyłem, że zamiast wspierać swoich to kupuję coś co musiało być nieźle zakonserwowane żeby przebyć taką drogę i wylądować na półce sklepu w Sobieniach…

I dwa – na to, że jest tego nadal tak mało. Przewertowałem 3 sklepy w Sobieniach, żeby na potrzeby tego wpisu kupić kilka produktów, których używam na co dzień w wersji „Produkt polski”. Nie było mi to jednak dane bo udało mi się kupić AŻ fasolę. Tak, bo to, że coś jest „polskiej firmy” też nie znaczy, że jest z naszej gleby. Nie, jest sprowadzane.

I nie wiedziałbym tego, gdybym nie przeczytał składu.

A nie przeczytałbym składu, gdybym nie widział efektów.

A efekty są takie, że mam prawie sześciopak. (serio, pochwalę się jeszcze w tym roku, obiecuję!)

Więc wniosek prosty – chcesz mieć sześciopak – wybieraj POLSKIE PRODUKTY! (sprytnie? :P)

P.S. Zauważyliście, że nie ma ani słowa o treningu? Tak. Trening jest ważny dla sprawności, wytrzymałości itd. Ale sześciopak? KUCHNIA. KUCHNIA STO RAZY KUCHNIA. A przy okazji zapraszam do przykładowego przepisu, który opiera się na warzywach 🙂 może kogoś zainspiruje

Dodaj komentarz