Życiowy Pulsometr

7
133

Dawno dawno temu, chodziłem na zajęcia z tańca. Był to Hip Hop w Salsa Libre pod okiem najlepszej z najlepszych Ani Jujki zwanej również YouYa albo mamą. Zajęcia te odbywały się wieczorami i jeździłem na nie specjalnie z Sobień do Warszawy. Co oznaczało w sumie ok 2 godziny w drodze (w dwie strony). Ale jeździłem, z przyjemnością. Miałem chęci, miałem motywację, generalnie jarałem się tym.

Ale heh, nie szlo mi najlepiej. Tak mi się wydaje. Generalnie dopóki “rozumiałem ruchy” i sekwencje to nie było problemów. Momentami jednak nie wyrabiałem, nie wyłapywałem.. po prostu mi nie szło. Gubiłem się, łapałem momenty zwątpienia i szukałem ciągle “swojego rytmu”. Regularnie też słyszałem jak Ania krzyczała na nas, że musimy się sprężać, skupić i dawać z siebie więcej. Generalnie mówiła, że NIE dajemy z siebie wystarczająco. Co dla mnie w tamtym momencie wydawało się dość abstrakcyjne, takie wiecie, gadanie dla gadania, nakręcania… ale przecież się męczę niesamowicie, gubię się, pocę, spinam, i nie wychodzi.

I tak chodziłem, raz lepiej raz gorzej. Ogólnie progress był mimo wszystko więc nie zamierzałem w ogóle sobie odpuszczać. Klimat był super, zabawa też przednia. Muzyka jest, ruch jest, super instruktorka jest, czego chcieć więcej?

W tamtym też okresie troszkę biegałem. A raczej truchtałem. Kupiłem sobie jednak w prezencie dla samego siebie swój pierwszy pulsometr. Klasycznego już Garmin Forerunnera 50. Widziałem na nim swój puls w trakcie truchtu, biegu, sprintu. W trakcie treningów w domu, jakichś pseudo cardio cudów niewidów… to było coś jak w Dragon Ballu, patrze na zegarek, widzę, ze mam jeszcze “zapas” tętna i mogę przycisnąc mocniej więc przyciskałem i biegłem szybciej albo robiłem więcej pompek itd.

Któregoś pięknego dnia wziąłem pulsometr na taniec. Jakież było moje zdziwienie, że moje tętno przy jakichś masakrycznych choreografiach było bliskie tętna “truchtu”…

Co się w tamtym momencie w mojej głowie to ciężko opisać. Poczułem się jakbym przez cały ten czas oszukiwał sam siebie. Głupie nie? Wiadomo przecież, że taniec męczy inaczej itd ale faktem jest, że wkurzyłem się wtedy an siebie i wyciskałem z siebie JESZCZE więcej niż dotychczas i tętno faktycznie mi skoczyło ale i choreografie zacząłem łapać lepiej, sprawniej i z większą koordynacją. Wystarczyło podkręcić obroty. Później niestety przerwa świąteczna, potem gruap sie rozpadła i tyle z mojego tańczenia było..

ale lekcję wyniosłem na całe życie..

czasem faktycznie jest tak, że wydaje nam się, że dajemy z siebie dużo, że znacznie więcej niż się innym wydaje – vide okrzyki prowadzącego/trenera etc. – aczkolwiek nie zmienia to faktu, że stać nas na więcej..no i wszystko cacy, kupujemy pulsometr i już wszystko wiemy….. heh, nie ma tak lekko..

ciekawostka: uważne osoby obserwujące Fitback wiedzą, że przy przygotowaniach do minionego Półmaratonu Warszawskiego miałem ogromny problem z okiełznaniem swojego tempa biegu. Jak się okazało rozwinąłem się fizycznie i doszedłęm do etapu gdzie mogłem znacznie szybciej biegać. Nie wiedziałem jednak za nic, jak szybko mi wolno biec, żebym nie padł…  próbowałem wczuć się w “nogi” ale nie mogłem… biegły jak chciały.. stąd przestałem zupełnie patrzeć na tempo i skupiłem się na pulsometrze.. bo o ile nogi mogą (no mogą) szybciej, aż się nie wywalę.. o tyle serducho ma swoją granicę, po której przekroczeniu będzie gorzej niż jakbym się wywalił… W ten sposób z planowanego tempa 5:50 zszedłem na treningach do 5:30 a ostatecznie bieg ukończyłem z średnim 5:24… wystarczyło, że wybrałem odpowiednie źródło “informacji”.. wiedziałem, kogo powinienem posłuchać, kto wie lepiej niż ja i kto mnie nie oszuka – czyli zamiast słuchać nóg, posłuchałem serca.

Wracając do tematu. To czy w związku daję z siebie wszystko nie objawi mi się liczbami na zegarku nawet za 5000 złotych.. to czy w pracy daję z siebie wszystko, też nie objawi się wibracją na ręku z informacją “jesteś w dobrej strefie tętna“… to czy naprawdę się staram jeść zdrowo, czy naprawdę staram się być lepszy, milszy, pilniejszy, odpowiedzialniejszy… to wszystko jest NIE do zmierzenia i żadna aplikacja czy urządzenie nam nie da znać “jest ok / przesadzasz / przyspiesz / zwolnij”…

Oczywiście mamy jakiś swój zmysł, swoją świadomość, która nam mówi na podstawie różnych czynników (zakwasy, zmęczenie, bicie serca, stres etc), że np wysilamy się wystarczająco… albo, że dajemy z siebie za dużo… ale czasem niestety, znajdujemy się w punkcie, że nie wiadomo.. czy jest dobrze, czy jest źle, czy mogliśmy dać z siebie więcej, czy może przesadziliśmy…a taka nieświadomość, poczucie niepewności bardzo szybko prowadzą do stanów słabego samopoczucia a nawet depresji, w której już w ogóle nic się nie chce a co idzie dalej, nic nie robimy…

Życiowy Pulsometr

Chwilę się nad tym zastanawiałem i wróciłem do początku tekstu. Jak wspomniałem, pulsometr mi pokazał, że faktycznie mam zapas energii i skupienia, którego wcześniej nie wyzwalałem… pulsometr mi to pokazał w liczbach… ale halo, przecież wcześniej usłyszałem to też od samej instruktorki, prawda? Ludzie. Nasze otoczenie. Nasi najbliżsi. Oni są naszymi pulsometrami. Problem? Problem polega na tym, że często są mało konkretni, często też nie traktujemy ich poważnie bo przecież “skąd możesz wiedzieć, ile z siebie daje? ja chyba lepiej wiem?”… siedzisz sobie w knajpie z kumplem, coś tam gadacie, wymieniacie się swoimi doświadczeniami z życia codziennego pracy etc i nagle kumpel mówi:

przepracowujesz się, myślę, że powinieneś zluzować w pracy

a Ty sobie myślisz:

naah, co Ty tam wiesz, mam jeszcze power i mogę dawać jeszcze więcej

i tyle. Pulsometr Ci właśnie zabrzęczał a Ty go zlałeś. Słusznie? Może tak, może nie.  Każdy ocenia wg siebie. Zamiast zlewać słowa kolegi można by się zastanowić “jeśli on tak ocenia moją pracę na podstawie siebie, to muszę się zastanowić co to wg niego jest przesada i odnieść to dopiero do swojego spojrzenia“.

Wracając do tekstu 7 nawyków skutecznego Fitbackowicza. NAJPIERW staraj się zrozumieć kolegę, a potem dopiero domagać się, żeby to on zrozumiał Ciebie.

Jeśli ktoś w rodzinie Ci mówi, że nie dajesz z siebie wystarczająco to nie odszczekuj się “co Ty tam wiesz“, nie próbuj też się tłumaczyć “ej wcale nie, bo daję!” bo przecież oni już swoje zdanie mają. Staraj się ich zrozumieć. Zapytaj “co masz na myśli?”. Dowiedz się, jak wg nich wygląda “prawidłowa ilość wkładanego wysiłku, skupienia itd“. Spytaj, co oni by zrobili i odnieś to do tego jak wygląda Twoje spojrzenie. Kto wie. Może dajesz z siebie dokładnie tyle, ile oczekują, ale oni tego po prost nie wiedzą i nie widzą. No bo i skąd mają wiedzieć skoro jak większość ludzi, chowasz to w sobie?

Świat dostarcza nam codziennie setki tysięcy informacji. Bardzo wiele z nich dotyczy nas samych. Żadna książka, szkolenie, czy nawet blog ( ^^ ) nie powiem Wam kim jesteście, nie oceni Waszej pracy czy nie podpowie czy powinniście spiąć poślady zagryźć zęby i dawać z siebie więcej.. żaden też nie powie “ej, zwolnij!” choć raz na jakiś czas profilaktycznie oczywiście ja osobiście mogę Wam taki komunikat wysłać 😉

Ludzie. Najbliżsi i najdalsi. Oni nas widzą tak, jak my nigdy nie będziemy w stanie. Nie chce Ci się wnikać w tok myślenia tego kto Cię ocenia bo wiesz na pewno (tya…), że on się myli bo sam się obija? Nie ma problemu. nic na siłę.  Bądź proaktywny. SAM znajdź osobę, która wg Ciebie ma podobne spojrzenie na temat np pracy i ilości poświęcanej jej energii i czasu i poproś o jej zdanie na temat TWOICH wysiłków. Może nie dosłownie i nie bezpośrednio (bo chcąc być miła może ściemnić) ale wybadaj grunt i postaraj się o szczerą rozmowę.

Możesz się zdziwić ile się zmieni gdy zaczniesz słuchać a nie tylko słyszeć. Koniec końców Ty sam ocenisz najlepiej czy masz jeszcze zapas? Czy to już resztki sił… pozwól sobie jednak na to, by Twoja ocena miała podparcie w tak dużej ilości informacji jak tylko się da. Nie bój się krytyki. Ona Ci daje najwięcej.

Krytyka jest jak kody w grze, prawie, że oszustwo 🙂 Dlaczego? Bo wyobraź sobie, grasz w jakąś grę, ślęczysz nad nią.. no cóż, całe życie… i nie wiesz co teraz, co poprawic, jak wylewelować do góry, jak poprawić swoją postać.. a tu jeb, ktoś Ci palcem pokazuje “to to i to bym poprawił, tu bym dał więcej punktów do snu, tu bym ujął z pracy, tam bym dodał to to i tamto“… i jak tak posłuchasz takich opinii od wielu osób to stworzysz najlepszą postać w grze ever… tą postacią będziesz Ty sam. Poprawiony, wzmocniony i heh, legendarny prawie że 😉

Zadanie. Za chwile będą święta. Obojętnie od tego jakiego jesteś wyznania najpewniej przyjdzie Ci się spotkać ze znajomymi i bliskimi. Otwórz się do nich i opowiedz o swojej aktualnej codzienności. Zapytaj o zdanie a potem spróbuj zrozumieć co poeta miał na myśli. Spróbuj zrozumieć to jak oni postrzegają wszystko to co im powiesz. Im więcej powiesz tym łatwiej będzie.

Jeśli się okaże, że wg nich za dużo czasu poświęcasz na pracę i w toku rozmowy wyjdzie, że faktycznie tak jest – zrób coś z tym.

Jeśli się okaże, że wg nich możesz dawać z siebie więcej i w toku rozmowy wyjdzie, że faktycznie poczułeś “hmm no mogę zrobić jeszcze to to i tamto”… to zrób to.

Powodzenia!

7 KOMENTARZE

  1. Dobry tekst.

    Swoją drogą zastosowałem na Półmaraton Warszawski właśnie Twoje wskazówki aby biec tylko i wyłącznie pod tętno, a nie na czas czy prędkość. Efekt? To był mój najrówniejszy bieg dotychczas i okazało się, że byłem w stanie utrzymywać przez 16 km to samo tempo (w okolicach 6min/km), a na ostatnie 5 km przyspieszyć schodząc do ok. 5:40min/km. Da się? Da się. Ale wcześniej (czytaj: gdy nie zastanawiałem się nad tętnem) po prostu wraz z każdym kolejnym kilometrem zwalniałem, mając wrażenie, że “już nie dam rady, muszę zwolnić”. Piękna sprawa. Bieganie z głową jest nieporównywalnie lepsze niż bieganie na spontanie, bez jakichkolwiek pomiarów 🙂

    • No tak z tym, że wtedy to chodziło o barierę dystansu, a tym razem o uświadomienie sobie, że jednak mogę biec jednostajnie przez ponad 10-12km (po tym dystansie przeważnie zwalniałem). Z drugiej strony tutaj biegłem od początku z konkretnym planem, więc nie miałem okazji się zbyt mocno zmęczyć jak to bywało podczas moich spontanicznych wypadów na dystanse 10+. Ale summa summarum kolejny raz przyczyniłeś się do mojego sukcesu i przełamania kolejnej bariery 🙂 Dzięki Arv! 🙂

  2. Wiele zależy od tego jakimi ludźmi się otaczasz… Trzeba zadbać o to, aby Twój “pulsometr” nie ściemniał i był szczery. Odnosząc się do pulsometru – jeśli umiesz słuchać swojego ciała to pulsometr jest tylko “cyfrowym potwierdzeniem” tego, co już wiesz – czy puls masz wysoki czy bardzo wysoki. Podobnie z ludźmi – jeśli otoczysz się nieszczerymi to będą ciągnęli Cię w dół. Rocky Balboa mówił “Jeśli wiesz na co cię stać, rób to, na co cię stać” Fajny wpis – przeklejam do siebie na FP

  3. […] tekście Aleksandrze pomógł ktoś bliski bo sprowokował ją by w końcu odwiedzić lekarza. Ale ilu z nas słyszało w swoim życiu “powinieneś odwiedzić lekarza i sprawdzić ten temat…Za to potem na drugi dzień wylewało z siebie 7me poty na treningi a wieczorem patrzyło w lustro z […]

Dodaj komentarz